środa, 16 września 2015

My

Hejka. Już na początku chciałam Wam napisać co mnie zainspirowało do napisania tekstu o nas. Nie tylko wspólny wypad do Warszawy napędził mnie na ten post ale jeszcze jedno... znalezione na fejsie, przeanalizowane, przemyślane... takie oto mądre zdania...


Po dłuższym przetrawieniu tych mądrości doszłam do wniosku, że to raczej o nas... może być... chyba... z tym, że nie na pewno... hahahaha ;)

***MY***

Niby tacy dorośli.... mamy już dzieci, dom, pracę i kredyt... Wszystko już jest takie poważne, dorosłe... Sami sobie już gotujemy, sami sprzątamy, prowadzimy gospodarstwo domowe... z naciskiem na gospodarstwo... moje dzieci po szkole wpadają do domu z ubłoconymi buciorami krzycząc, że chcą obiad, bajkę albo deser... z resztą one krzyczą wszystko :/ zupełnie jak bydło!!! Dobra, nie będę taka okropna.... moje kochane bydełko...


Wracając do pierwszych zdań wpisu... że my niby tacy na dość wysokim poziomie dorosłości jesteśmy, skoro już rodzinę tworzymy, dzieci wychowujemy... nie do końca ;)
Wybraliśmy się ostatnio na wycieczkę do Warszawy. Sami!!! Dzieci z babcią
a starzy szaleją.
Wycieczka nie byłaby taka fajna i wesoła gdyby nie wycieczki. Ale nie o same zwiedzanie tu chodzi...
 
 
Jazda autobusem, pociągiem, metrem.. to dopiero były atrakcje. My dorośli a cieszymy się jak dzieci, płaczemy ze śmiechu, losujemy kto pójdzie skasować bilety... ludzie patrzą jak na wariatów a my mamy wszystko gdzieś...  

 
To zupełnie tak jak kiedyś... autobusem śmigaliśmy do szkoły, gdzie się z moim mężem poznaliśmy. Pociągiem raczej razem nie jeździliśmy ale za to metrem zjeździliśmy cały Nowy Jork i Boston. Miałam tu pisać o naszych wspomnieniach, co robiliśmy, gdzie tym metrem jeździliśmy ale właśnie wymyśliłam, że opiszę to w innym poście.
 

Naprawdę fajnie nam było siedzieć na placu zamkowym przy obiedzie, piwie i winie
i wspominać co i jak i gdzie i kiedy i po co i dlaczego.... Nasze wspólne wyjazdy, wspólne zabawy, praca... Nasze wspólne zwiedzanie, imprezy i poznawanie nowych ludzi. Potrafimy usiąść jak przyjaciele i pogadać, pośmiać się i powygłupiać. Zawsze staraliśmy się być nie tylko parą ale właśnie przyjaciółmi... nie o to właśnie chodzi w związku? Żeby nie tylko razem płacić rachunki i wychowywać dzieci? Trzeba też się umieć razem śmiać i płakać, tulić się i bawić...


Jeśli o wcześniej wspomniane płakanie chodzi to nie tylko ze śmiechu trzeba umieć razem płakać... trzeba umieć razem rozmawiać o wszystkim i o niczym, przeżywać
i trawić wszystkie swoje doły i depresje... Wiadomo, że czasem jest ciężko, złość a nawet wściekłość biorą górę!
Nie zawsze jest przecież kolorowo...


Przeżyliśmy ze sobą bardzo dużo. Wyjazdy i rozłąki, dwa porody, choroby, nieprzespane noce, krzyki i wrzaski... pewnie jeszcze dużo przed nami i czasem aż strach się bać co będzie! Ale wiemy, że wszystko przetrwamy. Bo chcemy być razem dla dzieci,
bo chcemy być razem dla siebie.
Choć czasem mam wkurw niesamowity i mam ochotę udusić mojego męża a najlepiej to wystrzelić go w kosmos, żeby przypadkiem już nie wrócił, to w głębi serca wiem, że zatęskniłabym za nim już po kilku... dniach...? tygodniach?... miesiącach???? hmmm ;)
Z resztą już to przerabialiśmy i okazało się, że jednak razem najlepiej :)
Jest też takie powiedzenie... razem źle, osobno jeszcze gorzej....
Wiecie, że chyba coś w tym jest... ;)

 
Wszystko to kwestia rozmowy i wyjaśnienia! 
Chyba każdemu z nas zależy na jak najlepszych stosunkach w związku...
(nie tylko dosłownie hahahaha) i na tym, żeby się dogadywać, na tym żeby było po prostu fajnie!
No i tu pojawia się kwestia kompromisu... na który nie zawsze... przyznaję chcę pójść... Czasem każde z nas chce postawić na swoim bo przecież każde z nas wie lepiej :)
W takich momentach trzeba sięgnąć po rozum do głowy...
Czasem sięgam ja, czasem sięga on... :)
Jest gitara :)